Wywołany na pojedynek przez Emmę publikuję jeden z moich "snów". Zdarzył się tylko raz, mniej więcej wiosną 1996 roku. Gwoli wyjaśnienia... To był czas, kiedy zacząłem interesować się Tarotem i podobnymi sprawami. Sen był swego rodzaju odpowiedzią na wszystko to, co próbowałem robić z kartami i na to, czego próbowałem się z kart Tarota dowiedzieć. Zaznaczę jeszcze, że jeśli chodzi o Tarota, to wszedłem od razu na głęboką wodę. Wcześniej nie było nic i nagle pojawiła się Wiedza.
Właściwie nawet nie był to sen, a zdarzenie na pograniczu...
Spałem ot, tak po prostu. W pewnym momencie przebudziłem się i zauważyłem, że u szczytu mojego łóżka stoi facet. Wzrostu średniego, z brodą i założonymi rekami. Patrzył na mnie. W następnej sekundzie poczułem paniczny strach, ale nie mogłem nawet krzyknąć ani się poruszyć. Potem czas zwolnił i poczułem całym niemal ciałem uderzenia swojego serca. Podwójne, ale w bardzo zwolnionym tempie. A potem pomiędzy jednym a drugim biciem facet dosłownie włożył we mnie rękę i zacisnął na sercu. Ścisnął i przytrzymał. Potem puścił i wtedy dopiero nastąpiło drugie uderzenie serca.
Facet za moment zniknął. A ja byłem w takim szoku, że po prostu odwróciłem się na bok i zasnąłem. Dopiero rano dotarło do mnie co tak naprawdę mi się przytrafiło. Na pewno nie działo się to w trakcie snu. Zbyt było wyraźne, zbyt namacalne, zbyt straszne...
Całe to wydarzenie odebrałem jako ostrzeżenie, by nie szukać zbyt intensywnie, by nie próbować poznać wszystkiego od razu. Zrozumiałem, że o pewnych rzeczach wiedzieć nie powinienem. Od tamtej pory Tarot bardziej służył mi do medytacji i poznania samego siebie niż czytania zdarzeń teraźniejszych czy przyszłych.
Od tamtego czasu też mniej więcej mam w domu "gości". To ktoś w rodzaju opiekunów, aniołów stróży... Ale są też i inne "postaci". Takie pokroju tego gościa co mnie za serce chwycił ;)
Tylko, że to już inna historia, bo spotkań z "duchami" miałem więcej...